Trwające oczarowanie
2023-12-19
Moją dzisiejszą rozmówczynię Ewelinę Sowiak zobaczyłem pierwszy raz w tegoroczne wakacje w Częstochowie. Gdy na organizowanym tam Festiwalu Kultury Alternatywnej „eFKA” zaprezentowała się w przedstawieniu „Kobiety, wino i śmiech” bystrzyckiego Teatru RAZY DWA.
Redakcja: – Nim zapytam o spektakl, z jakim przyjechałaś do Częstochowy, poproszę o wspomnienia z dzieciństwa. Pamiętasz swoją pierwszą wizytę w teatrze?
Ewelina Sowiak: – Tak. Nie jestem pewna, czy to było w starym kinie w Bystrzycy Kłodzkiej czy w Kłodzku. Pamiętam, że był balkon i siedzieliśmy na drewnianych, bardzo twardych i niewygodnych krzesłach… Jednak to było u nas w Bystrzycy. Mieliśmy tutaj fajne stare i klimatyczne kino. Niesamowity klimat, taki właśnie teatralny. Swoją drogą szkoda, że już nie istnieje.
Red.: – A przedstawienie pamiętasz?
E.S.: – To była lektura, nie pamiętam dokładnie, co to było, ale wiem na pewno, że to lektura, bo poszliśmy całą klasą, nawet całą szkołą podstawową, przyjechał jakiś teatr i dawał wtedy przedstawienie.
Red.: – Jak ty, gdy przyjechałaś z waszym teatrem do Częstochowy. Chyba się spodobało, skoro dziś ty grasz dla innych?
E.S.: – Tak. Bardzo mnie w tamtych czasach urzekł teatr. To była magia. W tamtych latach teatr kojarzył mi się ze skrzypiącymi deskami i wielką zakurzoną kurtyną. W świat teatru przenosiły mnie jeszcze nagrania z płyt winylowych: „Lato Muminków”. Tak uwielbiałam słuchać tej bajki. Był tam fragment, w którym pewna kobieta, imienia już nie pamiętam, która pracowała w teatrze bardzo wiele lat, opowiadała o nim. Już w nim nikt nie występował. Teatr był opuszczony i w pewnym momencie weszły do niego Muminki. Kobieta ta otwierała im różne drzwi, pokazywała zakamarki i z ogromnym zaciekawieniem opowiadała. Robiła to z taką pasją w głosie, a do tego jeszcze szelest tej płyty winylowej i ta moja bujna wyobraźnia, która sprawiła, że słuchając tego czułam, jakby to mnie oprowadzała po teatrze.
Red.: – Słyszę, że teatr cię oczarował. Czy już wtedy zaczęłaś myśleć o występowaniu na scenie, w przedstawieniach teatralnych?
E.S.: – W liceum troszeczkę się pod tym kątem spełniałam, bo też mieliśmy grupę teatralną w domu kultury. I zawsze kiedy były jakieś artystyczne imprezy, występy, to chciałam brać w nich udział. A czy już wtedy myślałam o aktorstwie? Hmmm... Były takie myśli… Wywodzę się z bardzo małej miejscowości, gdzie nie było wielkich możliwości. Ponadto poczucie własnej wartości i dodatkowo nauczyciele nie dodawali skrzydeł. A wręcz przeciwnie, były momenty, że nawet je podcinali. Czasem musiałam się zwolnić z jakiejś lekcji, żeby przyjść na próbę… i słowa, jakie wtedy słyszałam, cały czas wybrzmiewają jak jakaś mantra w mojej głowie: – „Sowiakowa, ty aktorko ze spalonego teatru!”. Tak. Jestem aktorką ze spalonego teatru. Nie zdawałam do szkoły teatralnej. Również presja rodziny bardzo zniechęcała: - „Będziesz gdzieś tam się całować z jakimś obcym facetem na ekranach”. Rodzina tego nie mogła przetrawić. Staram się dzisiaj jakoś ich zrozumieć, choć wtedy nie było łatwo. Poszłam inną drogą. Myśli o aktorstwie, scenie zagrzebałam głęboko w sercu. Starałam się zapomnieć.
Red.: – Bardzo to smutne. Długo trwało, zanim nabrałaś większej pewności siebie, bo nie miejsce urodzenia decyduje o wartości człowieka?
E.S.: – Wiele lat. Do momentu, aż w wieku 40 lat trafiłam najpierw do koła teatralnego, a dziś Teatru RAZY DWA przy bystrzyckim ośrodku kultury. Tutaj udało mi się odnaleźć w sobie takie pokłady i zaistnieć twórczo.
Red.: – Występujesz w teatrze, który nie idzie po gotowe scenariusze.
E.S.: – Wszystko jest tworzone od samego początku. Temat, scenariusz. Nie korzystamy z gotowej muzyki, tworzymy własną.
Red.: – Tak też powstała sztuka „Kobiety, wino i śmiech”, z którą przyjechaliście na gościnny występ w Częstochowie. Grana przez ciebie Zocha odbiega wyglądem od dziewczyn z pierwszych stron kolorowych gazet. Duże wyzwanie. Nie miałaś oporów?
E.S.: – Byłam bardzo podekscytowana, bo tak jak w tytułowej bohaterce, jak i we mnie, jest jakiś taki bunt. Patrząc po reakcji kobiet na widowni, widać, że bardzo dużo z nich utożsamia się z tą Zochą. Bardzo wiele kobiet czuje jak ona i odnajduje siebie w tej postaci. Odebrałam dużo takich komentarzy po spektaklach. I powiem tak, jak Paulina powiedziała, że właśnie mnie widzi w takiej roli. Bardzo się cieszyłam, a z drugiej strony pojawiła się taka niepewność, może nawet strach, kurcze, ale ja będę musiała pokazać swoje niedoskonałości. A ostatnie lata nie sprzyjały mojej figurze przez różne wahania zdrowotne. I ja muszę wyjść na scenę, ja muszę się pokazać. Gdzie ostatnio chowałam się pod wieloma warstwami ubrań, żeby tej nadwagi nie było widać. Nagle muszę stanąć przed setkami osób, pokazać się na scenie i to w różnych pozycjach, bo przecież ja się tam schylam, skaczę, zadzieram nogi do góry, ja tam ćwiczę… to było dla mnie trudne, bardzo trudne. I zupełnie inaczej się występuje przed obcymi ludźmi, jak w Częstochowie, a zupełnie inaczej przed swoją publicznością. W Bystrzycy na premierze było 250 osób. Cała widownia wypełniona ludźmi plus jeszcze dostawki na krzesłach. Praktycznie 90% publiczności mnie znało. No ciężko było, nie powiem. To był moment, w którym przekroczyłam swoje granice, zrzuciłam pancerz wstydu i niepewności. Jakiś taki lód został przełamany. Po prostu coś pękło i nabrałam wtedy takiej pewności, takiej scenicznej pewności siebie. Ta rola, rola Zochy, była wtedy terapią dla mnie.
Red.: – Zbudowałaś dobrą postać. Powiedziałaś, że większość publiczności cię zna. Doświadczasz tej popularności poza sceną?
E.S.: – Tak. Doświadczam. Robiąc zakupy, będąc w restauracji, w kinie słyszę od nieznajomej osoby, że mnie zna z teatru. Dziękują za spektakl, dziękują za słowa, jakie w nim padają. Często widzę łzy wzruszenia. To naprawdę bardzo miłe.
Red.: – W waszym teatrze dominują współczesne tematy. A marzy ci się wystąpić w kostiumie z wcześniejszej epoki?
E.S.: – Jestem otwarta na wszystko. Bardzo lubię epokę wiktoriańską i bardzo chętnie bym się ubrała w jakiś strój właśnie z tej epoki. Pamiętam, że grając wiele lat temu w spektaklu, którego scenariusz wymyśliłam, to było jeszcze w liceum, graliśmy właśnie w takich strojach troszkę z innej epoki. Grałam wtedy służącą na jakimś dworze, która zakochała się w paniczu „Luisie Fernando”. Czysty mezalians. Było bardzo śmiesznie, a kończyło się dramatem. Bo pozabijaliśmy się tam, ale było fajnie.
Red.: – Może Paulina coś wymyśli, aby was ubrać w kostiumy z epoki? A czym zajmujesz się poza sceną?
E.S.: – Na chwilę obecną jest tylko i aż Teatr. Jestem mamą dziesięcioletniej Arieli i żoną najlepszego męża – Miłosza. Bardzo mnie wspierają. Miłosz nie mieszka w Polsce, co wiąże się z tym, że wszystkie obowiązki domowe spadają na mnie. Pamiętam, że kiedyś w czasie naszej rozmowy mówię do niego, że muszę skosić trawę i jeszcze nauczyć się tekstu do nowego spektaklu. Na co on: Zostaw trawę, teatr ważniejszy.
Red.: – Dla mnie teatr też ważniejszy. Dziękuję ci za rozmowę i do zobaczenia w kolejnych produkcjach Teatru RAZY DWA.
E.S. – Ja również bardzo dziękuję za rozmowę i z całego serca zapraszam do naszego bystrzyckiego teatru.
Tekst: Waldemar Jabłczyński
Zdjęcie: Paulina Kajdanowicz
P.S. Wspomniana w rozmowie Paulina to bystrzyczanka Paulina Kajdanowicz, aktorka Teatru Nowy w Częstochowie i prowadząca w rodzinnej miejscowości autorski Teatr RAZY DWA.
P.S. Na zdjęciu od lewej Ewelina Sowiak oraz autor tekstu. A w tle widownia Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Bystrzycy Kłodzkiej, w którym działa Teatr RAZY DWA.






